Było o psach i dogoterapii (kliknij tutaj). Teraz czas na hipoterapię i konie.
Podkreślę R-E-W-E-L-A-C-Y-J-N-E
Ano powiem, wam, że gdy przyszło mi pierwszy raz oddać swe 2-letnie dziecię w ręce obcej osoby, która to miałaby ją jeszcze na te wielkie (acz cudowne) stworzenie sadzać i prowadzać po wybiegu, to lekko mi na sercu nie było. I nie dlatego, że się bałam, że ów ciocia z mym dzieckiem sobie rady nie da, ale dlatego, że coś me dziecię koniu spsoci. Ot taki psikus pt. „ Ach zacznę piszczeć, krzyczeć” i będzie problem.
Zatem przed akcją pt. NA KOŃ WSKAKUJ mały research zrobiłam (dodam na ów hasło, po dziś dzień gęba mojej małej psotnicy uśmiecha się od ucha do ucha i słychać ten charakterystyczny chichot szczęścia i zadowolenia) i oto i jego efekty.
Należy jednak pamiętać, że nie w każdym wypadku hipoterapia jest wskazana i możliwa do wykonania, a o doborze jej formy decyduje lekarz prowadzący.
I pamiętajcie proszę o tym, zanim podejmiecie działania w tym kierunku, bo jak widzicie w nawiasach podałam tylko nieliczne przeciwwskazania, to pełną ich listę zna lekarz kierujący i jest to zatem pierwsza osoba, jaką należy odwiedzić, gdy hasło hipoterapia robi się dla nas atrakcyjne.
Jak już to ogarniecie to warto przed zajęciami odbyć z dzieckiem kilka rozmów na temat tego, gdzie się z nim wybieracie i co będziecie robić.
I tak, 2 latek jest już na tyle duży, że taka rozmowa mu się najzwyczajniej w świecie należy, z resztą moje zdanie jest takie, że każdemu się należy bez względu na wiek.
Ja dodatkowo odbyłam jeszcze rozmowę z panią terapeutką, dzięki czemu miałyśmy obie mniej więcej opracowany plan pierwszej wizyty, no i wiedziałam, jak się przygotować na pierwsze zajęcia.
Ano...
⇒ primo – moje dziecko wiedziało co to koń, wiedziało, że to duże zwierzę (o taaaaaaakie duzie!), wiedziało, że będzie na nim jeździć i jak się na nim jeździ,
⇒ secundo – wiedziało, że będzie ciocia, która będzie ją wozić na tym koniu (de facto, która przejmie nad nią pieczę, bo mama pójdzie za bandę i tyle jej tam będzie na arenie jeździeckiej),
⇒ tertio – terapeutka wiedziała, czego może się spodziewać po moim dziecku, jakie daje oznaki stresu lub strachu i jak na nie reagować, no i najistotniejsze kiedy przerwać zajęcia – co jest istotne, gdy wskazaniami są względy natury psychologicznej),
⇒ quatro – ja wiedziałam, jak należy ubrać dziecko, a więc ubrania wygodne, nie krepujące ruchów (czyli jeansy out, dresik tak, ja dodam ze swojej strony, wziąć coś na przebranie – bo później ubrania jednak koniem pachną) oraz zabrać kask na głowę (może być ten, który jest do jazdy na rowerze).
W zasadzie można je podzielić na trzy części.
W pierwszej – dziecko zapoznaje się z koniem, jeśli jest w stanie to pomaga przygotować konia do zajęć.
Drugi etap – nazwijmy ten właściwy – to są już ćwiczenia z koniem. Mogą to być różnego rodzaju ćwiczenia fizyczne, logopedyczne, z uwzględnieniem integracji sensorycznej. Tak naprawdę to już zależne jest od tego, w czym hipoterapia ma pomóc. Jazda konna zazwyczaj odbywa się bez siodła, aby dziecko lepiej odczuwało impulsy pochodzące od konia (stąd ta uwaga o ubraniu na przebranie i buty, buty też).
Ostatni, trzeci etap to wyciszenie poprzez przygotowanie konia do odpoczynku, np. szczotkowanie, karmienie albo, jak było u nas, pożegnanie się z koniem i podziękowanie mu oraz cioci za zajęcia.
To majestatyczne zwierzę, pełne gracji i spokoju szybko zaskarbiło sobie przychylność mojego dziecka. I nagle okazało się, że superruchliwe dziecię może się skupić i wyciszyć na dłużej niż 5 sekund, ba robi to nieświadomie w pełni czerpiąc ze spokoju konia.
Płynne i harmonijne ruchy konia sprawiały, że nadpobudliwa mała bestyjka spokojnie siedziała, rytmiczne się kołysząc, co w jej przypadku już było dużym sukcesem.
Terapeutyczny chód konia charakteryzuje się miarowością, sprężystością oraz odpowiednią rytmiką. To ważne, bo takie ruchy wyciszają, koją, ale i stymulują (ten kto robił swojemu dziecku masaż Shantala wie, o czym piszę).
Dodatkowo jazda na koniu wymusza na dziecku przyjęcie prawidłowej postawy siedzącej. U nas jest z tym problem, więc tym bardziej przychylnie patrzeć należy na hipoterapię.
By było milej ciocia – terapeutka śpiewała podczas zajęć piosenkę o koniu, zaznajamiając młodą z anatomią konia (z resztą gilgotki jego ogonem do tej pory wspomina).
Widać było, że dla niej to też była mega frajda, co rusz krzyczała „Mama patrz!”, „Wio koniku” i inne radosne okrzyki. Choć skala głosu dziecia mego momentami przyprawiała o ból głowy, koń cierpliwie znosił jej popisy wokalne. A to też istotne!
Bo na konia terapeutycznego nie wybiera się byle lepszego egzemplarza. Koń terapeuta to starannie wybrany przedstawiciel swojej rasy o określonych predyspozycjach.
Aby zakwalifikować go do hipoterapii musi on zostać oceniony indywidualnie oraz wykazywać predysponowane cechy. Bo w relacji człowiek-koń najważniejsze jest jednak posłuszeństwo zwierzęcia wobec swojego opiekuna. I nie chodzi tutaj o to bezwzględne posłuszeństwo, ale o to płynące z zaufania na linii koń-opiekun. Koń, który jest nieposłuszny, który nie ma zaufania do opiekuna jest nieprzewidywalny, może się spłoszyć i pobiec galopem tratując wszystko co spotka na swojej drodze, a to już sprawia, że nie można dopuścić go do takiej pracy.
Konie terapeuci są zatem przyzwyczajane m.in. do nierównomiernie rozłożonego ciężaru czy też gwałtownych i nieskoordynowanych ruchów na grzbiecie, różnego rodzaju dźwięków i krzyków, pracy z przyborami (np. kółka, piłki) itp. Zatem okrzyki radości, czy strachu, odruchy, nad którymi dziecko nie może zapanować, nie są dla takiego konia powodem do niepokoju i lęku. On nadal jest spokojny i opanowany, co udziela się dziecku.
I to jest to o czym pisałam wyżej. Dziecko czerpie ten spokój i harmonie z konia. Wycisza się. Uczy się samoregulacji, ale i też akceptacji. Bo koń swoja postawą, swoim opanowaniem pokazuje, że w pełni akceptuje dziecko, takim jakie ono jest. Nie wykazuje leku czy strachu, czyli czegoś co nasze dziecko mogło czasem doświadczać w kontakcie z innymi dziećmi czy (niestety!) dorosłymi. A to ważne!
Ze względu na fakt, że w większości przypadków jazda konna w hipoterapii odbywa się bez siodła, koń nie powinien być kościsty (zwróćcie na to uwagę, bo to też świadczy nie tylko o profesjonalnym podejściu ośrodka to hipoterapii, ale też, że koń objęty jest należytą opieką).
I choć same jazdy trwają u nas na razie, tylko, albo aż 10 minut, to uważam, że warto.
Tutaj również wielki ukłon w stronę pani terapeutki, która dostosowuje się do potrzeb i możliwości dziecka, nie przeciągając zajęć na siłę do tych standardowych 30 minut. Bo choć dziecko radosne i bardzo chętne, to jednak te 30 minut to za długo dla tak hiperaktywnego 2-latka.
Będę szczera, pierwsza wizyta w stadninie to były duże emocja, co w nocy dało o sobie znać.
Mówienie przez sen, wołanie konika - taki był repertuar nocą. Ewidentnie przezywała jeszcze raz tę wizytę. Jednak były to emocje pozytywne.
Jeszcze niedawno sama zastanawiałam się, jak taki wielki kolos mógłby pomóc memu dziecku.
Ale prawdą jest, że ten rodzaj wspomagania rozwoju przynosi efekty, co z wielką radością obserwuję sama. Poza standardowym oklepanym „Dziecko uczy się obcować ze zwierzętami”, jest jeszcze „Dziecko zrobiło się spokojniejsze, umie się wyciszać, skoncentrować uwagę na dłużej niż 5 sekund, przybiera prawidłowa postawę podczas siadania, lepiej koordynuje swoje ruchy, lepiej czuje swoje ciało, zrobiło się odważniejsze, jest mniej nieśmiałe, inicjuje kontakt” i wiele, wiele innych… O czym będziecie mogli się przekonać sami, gdy też spróbujecie.
BONUS*
A z tych bardziej naukowych doniesień Iwona Ciechanowicz wraz z Anną Lubkowską opublikowały artykuł przeglądowy dotyczący hipoterapii pt.:Efekty hipoterapii. Przegląd aktualnych doniesień (2013–2017) w Pomeranian J Life Sci 2018;64(3):143-146.
Jeśli ktoś jest chętny warto przeczytać, bo jest on również dostępny on-line, wystarczy kliknąć w powyższy tytuł.
A my tymczasem zaczynamy się już pakować na kolejne zajęcia z hipoterapii…