Kim jest HNB?

High Need Baby (HNB)

Moje dziecko jest dzieckiem wymagającym.

Turbodrzemki w dzień, nieodkładalność, nienawiść do wózka i fotelika, płacz, histeria, gdy nie ma mnie w zasięgu ręki, każdy nieodpowiedni bodziec powodował ataki płaczu i krzyku – klasyczny przykład HNB.

I choć radziłam sobie jak umiałam – chusty, nosidło, współspanie, tulenie, bujanie, śpiewanie, mruczenie, masaż Shantala itp., to będę szczera, lekko nie było i nie jest. Swoją droga, do chusty (a potem nosidła) będę Was zachęcać po stokroć, o czym możecie poczytać tutaj, ba, a przy wcześniaku to dodatkowo wspaniałe rozwiązanie na nadrobienie braków w bliskości.

Zawsze wtedy postronne (albo i nie) osoby straszyły mnie, że tak nauczyłam, to tak mam, że co ja zrobię, gdy będzie bunt 2-latka, że dałam sobie wejść na głowę, a będzie tylko gorzej, bo kto to widział, by spać z dzieckiem, by nosić pół nocy, by bujać kolejne pół na rękach…
Oj mogłabym tych zarzutów wypisać całą listę…

Pewnego pięknego dnia, ten STRASZNY dzień ukończenia przez dziecia mego magicznej granicy 2-lat… i ja się pytam co? Co się miało zmienić?
Ani pogorszenia, ani polepszenia nie widzę. Nie, żeby było cukierkowo, tyle, że ja ten bunt 2-latka mam odkąd młoda wróciła z OION do domu, więc niejako zaprawiona w bojach jestem. Pisk, płacz, wieczna mamoza – nic się nie zmieniło, ino paleta możliwości manifestowania złości, frustracji i niezadowolenia znacząco się powiększyła.
Ale czy to można uznać za pogorszenie?
Ja tak tego nie widzę.

Czy jest ciężko – czasem tak… szczególnie gdy moja szanowna 2-latka rozłoży się na podłodze w sklepie i zaczyna koncert pod tytułem „Nie cię” albo dla odmiany „Ja cię” wydając przy tym wszelkie możliwe sygnały dźwiękowe (a skale głosu ma konkretną).

Jej zachowanie nie stanowi dla mnie problemu.
Wszak wynika ono z jej dojrzałości, a w zasadzie właśnie NIEDOJRZAŁOŚCI i braku umiejętności radzenia sobie z własnymi emocjami, których nie umie jeszcze nawet nazwać, a co dopiero nad nimi panować.

Problemem natomiast bywają czasem osoby postronne, ich niechciane rady i… PORADNIKI. Tak dokładnie, te poradniki prawiące o karnym jeżyku, nagrodzie za dobre zachowanie, czy karze za złe (choćby nawet w postaci naklejki), odkładania do wypłakania itp. itd.

Swego czasu dostałam kilka i podczytywałam, gdy mogłam, z nadzieją, że znajdę coś dla nas.
Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłam tam informację o tym, że 2-latek może ŚWIADOMIE manipulować mną w celu zwrócenia na siebie uwagi.
I jak się pytam w jaki sposób świadomie, skoro moja córa nie ogrania nawet tego, że jak świadomie będzie dokuczać psu, to ten w pewnym momencie może ją ugryźć. O jakiej ŚWIADOMOŚCI tutaj mowa?

W kolejnym "cudzie" wyczytałam o magicznej metodzie 1, 2, 3… no i działa ona, z ręką na sercu, działa… na mojego psa. I piszę to zupełnie poważnie. Z resztą psiarze z okolicy też zaczęli ją z powodzeniem stosować, widząc, jak na 2 (no czasem 3) mój sierściuch wraca do mnie na psim wybiegu, pomimo ewidentnej chęci dalszej zabawy w psim towarzystwie. Super... TRESURA.

Jednak córki tresować nie chciałam, wierząc mojej intuicji, która podpowiadała mi, że moje turbodziecko, z racji swojej konstrukcji psychicznej, zamiast ograniczeń, karania i upominania potrzebuje akceptacji, zrozumienia, wsparcia i przywództwa.

Kto jeśli nie ja, ma wskazać jej, że to co czuje to złość albo strach? Kto jeśli nie ja, ma jej pokazać, jak sobie z tymi uczuciami radzić? I tutaj jest słowo klucz – pokazać, nie wytłumaczyć, tylko pokazać.

„To, co rodzice nazywają wychowaniem, nie przynosi żadnego efektu wychowawczego. Ich słowa wpadają dzieciom jednym uchem, a wypadają drugim. Wychowanie dzieci dokonuje się, jeśli można tak powiedzieć, między wierszami. Jak dzieci uczą się radzić sobie z konfliktami? No właśnie, obserwują, jak dorośli to robią. Nic nie pomogą napomnienia, że należy ze sobą rozmawiać grzecznie, skoro oni sami obrzucają się wyzwiskami. Dzieci nie robią tego, co im mówimy, one robią to, co my robimy.” Jesper Juul - Przestrzeń dla rodziny

Zatem czy mam sposób na swoją turbohighneedkę?
Tak. Nosi on nazwę AKCEPTACJA i PRZYKŁAD!
Zaakceptowałam tą moją kruszynę z jej hiperwrażliwością, megaruchliwością i mamozą na całego, jednocześnie staram się swoim przykładem pokazać, jak reagować i postępować.

Czy mi to wychodzi – oczywiście, że nie zawsze. Czasem i ja dochodzę do granic swoich możliwości, a rezerwy cierpliwości skończyły się jakieś dwie histerie temu.
Czy to złe?
W moim odczuciu nie, przecież dziecko też musi nauczyć się, że wszystko ma swoje granice – cierpliwość rodzica również.

Kiedy jego rodzice są zawsze bardzo mili i uśmiechnięci, uprzejmi i delikatni, jak ma się dowiedzieć, że inni ludzie bywają także urażeni, cierpią ból, frustrację, przeżywają smutek i tracą cierpliwość? I jeśli chcą, żeby było ono ciągle szczęśliwe, jak ma zrozumieć, że przeciwne uczucia, których doświadcza, również są dobre i jak najbardziej na miejscu? Co ma zrobić z całą resztą emocji, która kotłuje się w jego głowie?” Jesper Juul - Agresja - nowe tabu? Dlaczego jest potrzebna nam i naszym dzieciom?

Więc cóż wam poradzę rodzice HNB?
Nie szukajcie rozwiązań na siłę – chyba, że chcecie złamać ducha swojego dziecka, wytresować go na wzór waszych wyobrażeń czy potrzeb.

Szukajcie za to wsparcia u innych rodziców HNB. Dla nich zachowania waszych dzieci są normą, dzięki czemu łatwiej jest złapać nić porozumienia, zaczerpnąć inspiracji i nowych pomysłów, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. I przede wszystkim odetchnąć z ulgą ze słowami „uff, nie tylko ja tak mam!”.
Świadomość, że obok rodziców mniej wrażliwych i dobrze śpiących dzieci na świecie, występują także rodzice HNB, przynosi ulgę.

Ja niestety nie miałam tego szczęścia posiadać wsparcia w postaci innych rodziców z HNB, więc została mi jeno moja intuicja i przepastny Internet. I tutaj trafiłam na super grupę High Need Baby Polska oraz Wymagajace.pl - Magdalena Komsta - grupa w duchu RB.
Polecam ją z całego serca!

Na koniec jeszcze dość ciekawe pytanie – A co jeśli High Need Baby tak naprawdę nie istnieje?

Ano nic. Zupełnie nic, bo sam termin HNB nie przynosi szkody dziecku.
Primo – już samo myślenie o dziecku, jak o istocie, która potrzebuje „więcej”, uruchamia większą uważność oraz większe pokłady kreatywności.
Czy coś w tym złego?
Absolutnie nie, bo tak naprawdę to skłania, by dawać wsparcie i bliskość najmądrzej, jak tylko potrafimy, w dodatku z uszanowaniem indywidualności – czyli słabych i mocnych stron dziecka.

Secundo – określając dziecko jako HNB nie zwalniamy siebie z odpowiedzialności za pomocą stwierdzenia „dziecko tak ma i tyle” (Oj, słyszeliście to pewnie nie raz). Jednocześnie daje nam to możliwość uwolnienia się od poczucia winy czy przekonania, że nie jesteśmy wystarczająco dobrym rodzicami. Oszczędzamy zatem energię, którą z powodzeniem można spożytkować na budowanie zdrowych relacji z dzieckiem.

Bycie rodzicem highneed’a to droga pełna wzlotów i upadków, często jest kręta i zawiła, ale świadomość celu i zrozumienie swojego dziecka, pozwala na zbudowanie szczerej i opartej na bliskości relacji z dzieckiem.
I choć trud i wysiłek jest przeogromny, to w ostatecznym rozrachunku sami zobaczycie, że warto wdrapywać się na wyżyny swoich rodzicielskich możliwości.